W czasie zapaści służby zdrowia i wielomiesięcznych kolejek do lekarzy wielu Polaków coraz częściej szuka pomocy także w zmianie stylu życia, diecie czy profilaktyce. I właśnie tu pojawia się pytanie: gdzie kończy się szarlataneria, a zaczyna prawo człowieka do szukania własnej drogi do zdrowia?
„Lex szarlatan” – walka z oszustami czy kaganiec?
Projekt „Lex szarlatan” zakłada wprowadzenie do prawa pojęcia „praktyk pseudomedycznych”. Chodzi między innymi o stosowanie metod niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną czy promowanie takich działań w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Rzecznik Praw Pacjenta miałby otrzymać szerokie kompetencje – od wydawania publicznych ostrzeżeń po możliwość natychmiastowego nakazania zaprzestania określonych działań.
Na papierze brzmi to jak próba rozprawienia się z pseudo uzdrowicielami oferującymi „cudowne terapie” i żerującymi na dramacie chorych ludzi. Problem w tym, że przepisy zawierają bardzo nieostre definicje. Pojawia się więc obawa, że pod hasłem walki z szarlatanami można będzie ścigać również osoby mówiące o wpływie diety, stresu, snu czy stylu życia na zdrowie.
Kto zdecyduje, co jest „wiedzą medyczną”?
Najwięcej emocji budzi właśnie pojęcie „aktualnej wiedzy medycznej”.
Medycyna stale się zmienia. To, co kiedyś uznawano za herezję, po latach bywało standardem leczenia.
Na przykład, jeszcze kilkanaście lat temu marginalizowano wpływ mikrobiomu, diety czy przewlekłego stresu na wiele chorób. Dziś są to obszary coraz szerzej badane! Warto także przypomnieć, że nawet papierosy, co do szkodliwości których nie mamy dziś wątpliwości, w latach 60-tych promowane były jako korzystne dla zdrowia. Podobne przykłady można mnożyć.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem.
Krytycy projektu pytają więc, kto i według jakich kryteriów będzie oceniał, które poglądy są jeszcze „dopuszczalne”, a które już zasługują na karę.
- Czy stwierdzenie, że zmiana stylu życia pomogła komuś poprawić zdrowie, może zostać uznane za „dezinformację”?
- Czy mówienie o skutkach ubocznych leków stanie się podważaniem medycyny, choć informacje o nich znajdują się przecież w oficjalnych ulotkach?
Zapaść służby zdrowia i frustracja pacjentów
Debata wokół „Lex szarlatan” wybucha w szczególnym momencie. Polacy od lat mierzą się z rosnącą zapaścią służby zdrowia – gigantycznymi kolejkami do specjalistów, przeciążonymi szpitalami i coraz trudniejszym dostępem do leczenia. W takich warunkach wielu ludzi naturalnie szuka sposobów, by samodzielnie poprawić swoje zdrowie.
Przepisy „lex szarlatan” wyglądają nie tylko jak walka z oszustami, ale też jak próba ograniczenia prawa do dyskusji o zdrowiu poza oficjalnym przekazem.
To właśnie dlatego temat budzi tak silne emocje. Dla ogromnej grupy ludzi nowe przepisy wyglądają nie tylko jak walka z oszustami, ale również jak próba ograniczenia prawa do dyskusji o zdrowiu poza oficjalnym przekazem. Pojawiają się też pytania, czy państwo zamiast poprawiać jakość publicznej służby zdrowia nie próbuje po prostu zwiększyć kontroli nad tym, kto i w jaki sposób może mówić o leczeniu.
Czy będzie można stawiać bańki?
Kontrowersje wokół „Lex szarlatan” są tym większe, że w praktyce nowe przepisy mogą dotknąć również obszary od lat funkcjonujące na pograniczu medycyny akademickiej i tzw. medycyny alternatywnej. Chodzi między innymi o chiropraktykę, akupunkturę, stawianie baniek, ziołolecznictwo, moksoterapię czy różne nurty terapii naturalnych. Część tych metod jest stosowana przez pacjentów od dekad, a niektóre bywają nawet wykorzystywane pomocniczo w gabinetach rehabilitacyjnych czy prywatnych klinikach. Jednocześnie wiele z nich nie posiada pełnego uznania w świecie medycyny opartej na twardych badaniach naukowych albo skuteczność części zastosowań pozostaje przedmiotem sporów.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem.
Krytycy projektu pytają więc, czy w praktyce „Lex szarlatan” nie stanie się narzędziem do arbitralnego uznawania określonych metod za „niezgodne z aktualną wiedzą medyczną”, nawet jeśli część pacjentów deklaruje poprawę zdrowia lub samopoczucia po ich stosowaniu.
Milionowe kary i efekt mrożący
Projekt przewiduje bardzo wysokie sankcje. Za stosowanie praktyk uznanych za pseudomedyczne grozić ma nawet milion złotych kary. Dodatkowo możliwe będą kary osobiste dla osób zarządzających podmiotami.
Zdaniem przeciwników ustawy tak wysokie sankcje mogą wywołać efekt mrożący. W praktyce wiele osób może po prostu zacząć bać się publicznie mówić o alternatywnych metodach wspierania zdrowia, nawet jeśli chodzi wyłącznie o dietę, profilaktykę czy własne doświadczenia związane ze zmianą stylu życia. Tymczasem to właśnie publiczne mówienie jest w dobie dostępu do informacji najszybszym sposobem weryfikacji oszustów, paramedyków, czy praktyk wprost szkodliwych lub zabójczych. Prawne ograniczenia pomogą zatem tylko kwitnąć podziemiu medycznemu, bez żadnej kontroli.
I właśnie dlatego wokół „Lex szarlatan” narasta pytanie, którego nie da się łatwo zbyć: czy państwo rzeczywiście walczy wyłącznie z niebezpiecznymi oszustami, czy też zakłada społeczeństwu kolejny kaganiec – tym razem pod hasłem ochrony zdrowia.
