Pamiętają Państwo jeszcze te płomienne hasła o odpolitycznieniu wymiaru sprawiedliwości i uzdrawianiu instytucji, z którymi obecna koalicja rządząca szła po władzę? Przez lata krytykowano poprzedników za niszczenie standardów i obsadzanie Trybunału Konstytucyjnego sędziami o politycznym rodowodzie. Dzisiaj jednak te wielkie obietnice odchodzą do lamusa w imię pragmatyzmu i mitycznej „wyższej konieczności”. Koalicja 13 grudnia zdaje się wyznawać zasadę: „mój berek jest lepszy niż twój”. Nasz partyjny nominat nie jest przecież politykiem, tylko „apolitycznym państwowcem”.
Od wielkich obietnic do „wyższej konieczności”
Zestawmy zresztą dawne deklaracje z dzisiejszą rzeczywistością. Jeszcze w 2024 roku poseł Sławomir Ćwik zapowiadał, że głównym celem nowych regulacji będzie „odpolitycznienie Trybunału tak, by sędzią TK nie będzie mógł zostać czynny polityk”. Senator Krzysztof Kwiatkowski przekonywał z kolei:
„Chcemy odpolitycznić TK — osoba, która chciałaby zostać sędzią Trybunału Konstytucyjnego, nie może cztery lata przed tym wyborem sprawować mandatu posła, senatora czy być ministrem. Chcemy zrobić absolutnie wszystko na poziomie wyboru sędziów TK, aby to ciało było jak najmniej polityczne”.
Chodziło o to, by stworzyć twarde, moralne i prawne standardy. Nawet Anna Maria Żukowska z Lewicy przestrzegała wówczas przed robieniem „dokładnie tego samego” co PiS.
Jak minister Berek z dnia na dzień staje się sędzią
Standard moralny został przez samych rządzących jasno zdefiniowany. Dziś ten standard zostaje bezceremonialnie złamany.
A jak wygląda to dzisiaj? Sejm 4 września 2026 roku wybrał na sędziego Trybunału Konstytucyjnego dr. Macieja Berka. Tego samego Macieja Berka, który jeszcze w sierpniu był czynnym ministrem w obecnym rządzie i zaufaną, „prawą ręką” premiera Donalda Tuska.
Co stało się z dumnie popieraną przez koalicjantów czteroletnią karencją dla byłych członków rządu? Choć ustawa wprowadzająca to rozwiązanie nie weszła ostatecznie w życie, to przecież standard moralny został przez samych rządzących jasno zdefiniowany. Dziś ten standard zostaje bezceremonialnie złamany.
Donald Tusk broni jednak tej decyzji. Podczas Campusu Polska Przyszłości premier z rozbrajającą szczerością przyznał: „może nie będzie estetycznie”, ale woli dostać „po głowie” niż pozwolić, by opozycja dalej „pomiatała sędziami”. Tusk argumentował również, że dawniej byli ministrowie bywali przecież prezesami Trybunału (podając przykład Jerzego Stępnia), a problem zaczął się dopiero wtedy, gdy poprzednia władza wprowadziła tam „siepaczy politycznych”.
Tusk przekonuje, że „nasi ludzie” w TK to kompetentni ratownicy instytucji, a „ich ludzie” to polityczni siepacze.
Głos sprzeciwu z sejmowych ław
Tę rażącą hipokryzję i sprzeniewierzenie się własnym ideałom niezwykle ostro wypunktowała w Sejmie posłanka niezrzeszona Paulina Matysiak. Przed samym głosowaniem, w oskarżycielskim wystąpieniu skierowanym do koalicji, rzuciła z mównicy sejmowej miażdżące słowa:
„To jest po prostu skandal, nie jest wam wstyd, że się sprzeniewierzacie temu, o czym jeszcze dwa lata temu wykrzykiwaliście na demonstracjach? A teraz jak przychodzi co do czego, to nas nie dotyczy?”
Matysiak wprost zarzuciła rządzącym zdradę ludzi, którzy stali niegdyś na ulicach w obronie Trybunału, punktując ich wygodną filozofię, według której „ich ludzie są apolityczni, w przeciwieństwie do innych”.
Równie jednoznacznie i bez taryfy ulgowej do sprawy podeszli przedstawiciele Konfederacji. Nie dali się oni wciągnąć w plemienną logikę „nasz kontra ich” i konsekwentnie zagłosowali przeciwko obu zgłoszonym kandydaturom – zarówno tej rządowej (Berek), jak i opozycyjnej (Kotowski).
Krzysztof Bosak przed głosowaniem zapowiedział odrzucenie Berka, nazywając wcześniejsze nominacje PiS-owskie do TK „słabymi”. Z kolei Krzysztof Rzońca z Konfederacji wprost określił tę sytuację mianem „absolutnego skandalu”, obnażając bezlitośnie fałsz zapewnień koalicji o rzekomym odpolitycznieniu wymiaru sprawiedliwości. Dla Konfederacji cała ta hucpa to po prostu dowód na to, że obie największe partie traktują Trybunał wyłącznie jako łup polityczny. Co ciekawe, ten pogląd podzielają sami wyborcy Konfederacji – aż 84% z nich uważa, że wybór Berka to nic innego jak dalsze upolitycznianie TK.
Teoria kontra praktyka i konflikt interesów
Trudno o celniejszy komentarz do tej politycznej wolty niż słowa Patrycji Rojek-Sochy, opublikowane 14 sierpnia 2026 roku na portalu prawo.pl:
„Nowi sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mieli wyprowadzić go z kryzysu i przywrócić do działania. Co więcej, planowana reforma ich wyboru miała Trybunał odpolitycznić tak, by skutecznie i bez wpływów władzy stał na straży Konstytucji. Tyle w teorii, bo kandydatura dr Macieja Berka na ósmego sędziego TK zdaje się te nadzieje rozwiewać – towarzyszy jej sporo prawnych wątpliwości”.
Autorka słusznie zwraca też uwagę na ewidentny konflikt interesów, pisząc:
„Jedna z ważniejszych [wątpliwości] dotyczy jego dotychczasowej funkcji w rządzie i zaangażowania we wdrażanie rządowej polityki. I nawet nie chodzi o ryzyko politycznych nacisków, a o fakt, że do przyszłego sędziego mogą trafić skargi dotyczące ustaw, nad którymi prace sam nadzorował”.
Scenariusz chaosu: dwa Trybunały i paraliż instytucjonalny
Co gorsza, ta decyzja nie tylko nie kończy kryzysu konstytucyjnego, ale otwiera jego zupełnie nowy, jeszcze bardziej kuriozalny rozdział.
Na łamach prawo.pl autorka snuje bowiem ponure, ale niezwykle realistyczne prognozy dotyczące najbliższej przyszłości. Nowo wybrany sędzia musi przecież złożyć ślubowanie wobec głowy państwa. Można się spodziewać, że prezydent Karol Nawrocki – wzorem marcowych nominacji – będzie zwlekał z zaproszeniem dr. Berka do Pałacu Prezydenckiego. Czy koalicja zdecyduje się wówczas na desperacki krok i przeprowadzi ślubowanie w Sejmie „wobec prezydenta” przy udziale notariusza?
Jeśli tak się stanie, obecny prezes TK Bogdan Święczkowski najprawdopodobniej nie dopuści nowych sędziów do orzekania a w efekcie:
„[…] przez pewien czas funkcjonować będą dwa Trybunały Konstytucyjne, jeden „stary”, drugi „nowy”. Jakie będą tego konsekwencje? Które wyroki, którego Trybunału, będą przez sądy uznawane? Jak w końcu zachowają się w takiej sytuacji sędziowie, już teraz mocno podzieleni choćby na tych „neo” i „paleo”?”
To już nie jest reforma państwa – to powolne osuwanie się w instytucjonalną anarchię. Patrycja Rojek-Socha trafia w samo sedno, pisząc:
„Jak na razie sprowadza się to jednak do niekończącej się walki politycznej, w której żadna ze stron jeńców nie bierze, a rykoszetem, jak zwykle, oberwą obywatele”
Nadzieja w kartkach wyborczych
Czy obietnice w polityce jeszcze cokolwiek znaczą? Patrząc na tę sprawę, odpowiedź brzmi: nie. Standardy i piękne hasła są najwyraźniej dobre tylko wtedy, gdy bije się nimi politycznych oponentów. Gdy przychodzi do rządzenia, własne obietnice stają się zbyt ciasnym gorsetem.
„Nie wystarczy, by sprawiedliwości stało się zadość – musi być także widać, że stało się jej zadość”
Obywatele doskonale to widzą – sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej” nie pozostawia złudzeń: aż 59% badanych uważa wybór Macieja Berka za naruszenie niezależności sądownictwa. Nawet organizacje społeczne (takie jak Helsińska Fundacja Praw Człowieka czy Fundacja Batorego), które przez lata walczyły o niezależność TK, alarmują, że „odbijanie” Trybunału przez kolejną większość niszczy zaufanie do prawa. Przypominają przy tym kluczową maksymę: „nie wystarczy, by sprawiedliwości stało się zadość – musi być także widać, że stało się jej zadość”.
Zwykli Polacy mogą być już tym całym praworządnościowym szalbierstwem śmiertelnie zmęczeni. Przez lata wmawiano im, że walka idzie o czyste reguły gry, o świętość procedur i o to, by polityka nigdy więcej nie kalała sędziowskich tóg. Dzisiaj widzą, że zasady gry zmieniają się w zależności od tego, kto akurat trzyma pionki, a „naprawa praworządności” sprowadza się do cynicznej zasady: teraz nasi ludzie będą łamać te same standardy, które tamci łamali wcześniej.
Pozostaje mieć głęboką nadzieję, że to zmęczenie i rozczarowanie nie ujdzie bez śladu i polscy wyborcy dadzą temu dobitny wyraz przy urnach wyborczych, rozliczając polityków z ich rażącej niewiarygodności.
Bo jeśli zamiast sprawiedliwości i stabilnego państwa koalicja woli zabawę w berka, to pamiętajmy o jednym: berek już nas prawie złapał, a teraz gonić będziemy my. Będzie wesoło! Szkoda tylko, że obywatelom, którzy jak zwykle dostaną rykoszetem, już dawno nie jest do śmiechu.
