Publikujemy w całości tekst Kafira Afgana zamieszczony na Facebooku, ponieważ uważamy, że porusza ważny społecznie temat: konsekwencje coraz ostrzejszego języka debaty, politycznej polaryzacji i wzajemnego podsycania niechęci.
Niezależnie od oceny użytych w nim słów i tez, warto zastanowić się nad pytaniem, dokąd może prowadzić eskalacja społecznych podziałów.
Poniżej ten tekst Kafira w całości, bez skrótów czy zmian. Śródtytuły pochodzą od nas.
Czy polscy politycy wiedzą, że ich głupie pierdolenie może kiedyś podpalić Polskę?
Na wojnie domowej obowiązuje jedna zasada: brak zasad
W swoim życiu walczyłem na kilku wojnach i widziałem kilka wojen domowych. Uwierzcie mi: to są, kurwa, dwa zupełnie różne światy. Wojna z wrogiem zewnętrznym może być piekłem. Ludzie giną, miasta płoną, żołnierze robią rzeczy, których później nie potrafią wyrzucić z głowy do końca życia. Ale nawet tam istnieją jakieś hamulce. Jest mundur, dowódca, rozkaz, front. Jest świadomość, że cywil to cywil, jeniec to jeniec, a pewnych rzeczy robić nie wolno. Owszem, te zasady są łamane. Czasami w sposób potworny, ale one przynajmniej istnieją.
W wojnie domowej bardzo szybko nie istnieje już nic prócz chorej nienawiści i rządzy mordu. A wojna domowa nie zaczyna się wtedy, kiedy pierwszy człowiek wyciąga karabin. Zaczyna się dużo wcześniej.
Zaczyna się od polityków, którzy dla paru punktów w sondażu zaczynają robić ludziom kisiel z mózgu i ich przydupasów wszelkiej maści pseudo komentatorów i pseudo dziennikarzy, którzy za kasę napiszą każde gówno byle nośne.
Od tego pierdolenia, że „nasi” są prawdziwymi Polakami, patriotami i ludźmi uczciwymi, a „tamci” to zdrajcy, sprzedawczyki, złodzieje i skurwysyny. Najpierw jest tylko konferencja prasowa. Potem studio telewizyjne. Potem internet.
A potem przez kilka lat milionom ludzi wbija się do łbów, że człowiek głosujący inaczej nie jest już sąsiadem, kolegą z pracy albo kuzynem.
Jest wrogiem
I wtedy zaczyna się hodowanie nienawiści.
W internecie ktoś napisze „jebać tamtych”, drugi „wypierdolić tych”, trzeci wrzuci zdjęcie człowieka i dopisze, że jest zdrajcą. Pod spodem tysiące komentarzy, lajków i rechotu. Po jakimś czasie nikogo już nie dziwi, że połowa kraju nazywa drugą połowę ścierwem. A potem przychodzą media, bo to nie tylko poglądy — za nimi zawsze stoi brudna kasa.
Bo zawsze znajdzie się paru tępych, napompowanych własnym ego pseudodziennikarzy i zawodowych szczujów, którzy odkrywają, że nienawiść daje świetne zasięgi i kasę. Więc podkręcają.
Jeszcze mocniej, jeszcze ostrzej, bo zasięgi, a za zasięgi płacą, więc. Wskazują ludzi palcem, opluwają ich, robią z nich tarcze, urządzają publiczne polowania i mają przy tym poczucie, że są nietykalni.
Bo przecież oni tylko „zadają pytania”. Bo mają legitymację prasową. Bo siedzą w studiu. Bo za plecami mają redakcję, właściciela, partię albo tłum własnych wyznawców.
Na wojnie domowej nie ma nietykalnych
Tylko że kiedy naprawdę zaczyna się wojna domowa, te wszystkie immunitety są warte dokładnie tyle, ile papier, na którym zostały wydrukowane. Na wojnie domowej nie ma nietykalnych. Nie ma już studia telewizyjnego oddzielonego od ulicy. Nie ma bezpiecznej bańki internetu. Nie ma „to były tylko słowa”. Bo te słowa już dawno wyszły z ekranu i zaczęły chodzić po ulicach na dwóch nogach.
Widziałem, jak ludzie, którzy przez lata mieszkali obok siebie, zaczynali się mordować i to bardzo kreatywnie mordować, bo można zabić, ale można też człowieka zabić powoli, by zaspokoić żądzę zemsty. I nie dlatego, że przeczytali wielki traktat polityczny.
Nie dlatego, że zrozumieli geopolitykę. Jeden zabił brata drugiego. Drugi spalił mu dom. Trzeci przypomniał sobie krzywdę sprzed dwudziestu lat. Czwarty wziął odwet za odwet.
I po miesiącu nikt już nie pamiętał, od czego to się, kurwa, zaczęło. Każdy za to doskonale pamiętał, kogo chce zabić w rewanżu. I wtedy wojna zmienia się w coś znacznie gorszego niż walka dwóch armii. Bo nie chodzi już o zwycięstwo.
Chodzi o ból, o strach i cierpienie.
O to, żeby przeciwnik patrzył na ruinę własnego domu i wiedział, kto mu ją zrobił, na trupy własnej rodziny, żeby poczuł piekło, nim sam zdechnie. Żeby rodzina bała się następnej nocy.
Żeby śmierć jednego człowieka była biletem do zabicia następnego. I właśnie wtedy zaczyna obowiązywać jedna zasada:
BRAK ZASAD.
Czy oni naprawdę są aż tak głupi?
Dlatego kiedy patrzę na polskich polityków, którzy codziennie napierdalają do siebie językiem, jakby połowa kraju była bandą zdrajców, zastanawiam się, czy oni naprawdę są aż tak głupi, czy tylko są przekonani, że rachunek zawsze zapłaci ktoś inny.
Bo łatwo jest rzucić „zdrajca” z mównicy. Łatwo powiedzieć „wróg Polski” przed kamerą. Łatwo puścić tłum na człowieka jednym wpisem. Tylko że przychodzi moment, kiedy tłum przestaje pytać polityka, co ma robić. Zaczyna robić to sam.
I wtedy polityk może sobie wyjść przed kamerę i powiedzieć, że „nigdy tego nie chciał”. Gówno to wtedy będzie warte. Bo pogarda została już zasiana. Nienawiść podlana, a ludzie podzieleni.
Pożar nie pyta podpalacza, czy nadal chce, żeby się paliło.
Rosja nie musi wysyłać czołgów na Warszawę
I właśnie dlatego Rosja nie musi koniecznie marzyć o czołgach jadących na Warszawę.
Znacznie taniej jest znaleźć państwo, którego obywatele już stoją naprzeciwko siebie z pianą na ustach, i tylko od czasu do czasu dorzucać drewna. Jedna prowokacja, jedno spreparowane nagranie, podpalony lokal, bójka i w końcu pierwszy trup.
A teraz przewrotnie zapytam: jak by to było wasze dziecko, a morderca mieszkał dwa bloki dalej — wystarczyłby wam polski wymiar sprawiedliwości…
I tysiące kont, które w kilka godzin wyjaśnią ludziom, kto zrobił to „nam”.
Potem nie potrzeba już generała. Nie potrzeba nawet kolejnego rozkazu. Bo jeśli uda się doprowadzić do chwili, w której Polak chce odpłacić Polakowi, Polak Ukraińcowi, jeden sąsiad drugiemu, a jedna połowa kraju drugiej, to robota została wykonana.
Największym sukcesem obcej służby nie jest wysadzić most. Największym sukcesem jest doprowadzić do sytuacji, w której ludzie sami podpalają własny kraj i jeszcze są przekonani, że robią to w jego obronie.
Rosyjski czołg słychać z daleka. Zapałki nie słychać
Rosyjski czołg słychać z daleka. Zapałki nie słychać. Słychać dopiero ogień.
A kiedy naprawdę zacznie płonąć, politycy mogą już sobie wsadzić swoje konferencje prasowe, paski telewizyjne i patriotyczne przemówienia głęboko w dupę. Bo wtedy nie będzie już kampanii wyborczej. Nie będzie słupków poparcia.
Nie będzie „naszych” i „waszych” w telewizji. Będą tylko ludzie, którzy pamiętają, kto zabił ich brata, podpalił dom albo skrzywdził rodzinę. A człowiek, który chce się zemścić, nie słucha już lidera partii. Słucha tylko jednego głosu.
Własnej nienawiści…
B, znany również jako Kafir, to pseudonim polskiego pułkownika rezerwy i byłego oficera Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI) oraz Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW). Służył m.in. w jednostkach rozpoznawczych Wojska Polskiego, a w latach 2009–2010 uczestniczył w misji ISAF w Afganistanie, gdzie zajmował się m.in. ochroną kontrwywiadowczą i HUMINT.
Po zakończeniu służby został autorem kilkunastu książek o tematyce sensacyjnej, dokumentalnej i survivalowej. Jego debiutancka książka Kontakt. Polskie specsłużby w Afganistanie ukazała się w 2018 roku. Kafir pozostaje aktywnym komentatorem kwestii związanych z bezpieczeństwem, służbami specjalnymi i współczesnymi konfliktami. Swoją tożsamość chroni, posługując się pseudonimem.
