XX Marsz dla Pokoju i milczenie mediów
20 września 2026 roku ulicami Warszawy przeszedł XX Marsz „Polska za Pokojem”, zorganizowany przez środowisko Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Mimo że była to już dwudziesta edycja tej cyklicznej inicjatywy, wydarzenie zostało niemal całkowicie przemilczane przez media głównego nurtu. Informacje o zgromadzeniu pojawiły się głównie w mediach niszowych lub w zagranicznych serwisach krytycznie nastawionych do organizatorów.
Dalsza część tekstu pod wideo.
Uczestnicy XX Marszu „Polska za Pokojem” wysuwali przede wszystkim postulaty zachowania ścisłej neutralności państwa oraz kategorycznego sprzeciwu wobec angażowania Polski w konflikt w Ukrainie, co eksponowano pod sztandarowym hasłem „To nie nasza wojna”.
Domagali się prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej skoncentrowanej na polskim interesie narodowym i bezpieczeństwie własnych obywateli – kierując się zasadą „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy” – sprzeciwiając się sprowadzaniu kraju do roli „strefy buforowej” czy dostarczyciela „mięsa armatniego” dla obcych mocarstw. Wśród szczegółowych żądań znalazło się zastopowanie prowojennej retoryki polityków, protest przeciwko propozycjom zestrzeliwania rosyjskich rakiet nad Ukrainą z polskiego terytorium oraz sprzeciw wobec finansowania budowy stałych baz obcych wojsk z budżetu państwa.
Ponadto manifestanci apelowali o wstrzymanie wypłat świadczeń socjalnych dla obywateli Ukrainy z polskich podatków i skrytykowali dominującą w mediach narrację nakierowaną na budowanie powszechnego strachu przed wybuchem wojny.
Przemarsz zakończyli wiecem pod Pałacem Prezydenckim, sprzeciwiając się wciąganiu Polski w konflikty zbrojne i nawołując do stawiania polskiego interesu narodowego na pierwszym miejscu.
Kontrowersje, oskarżenia i trwający osiem lat proces Piskorskiego
Inicjatywa wywołała oburzenie części opinii publicznej i krytyków, którzy określili ją mianem prorosyjskiej oraz zarzucili uczestnikom promowanie narracji zbieżnych z interesami Moskwy. Główne zarzuty koncentrowały się wokół czołowych postaci wydarzenia – wśród przemawiających znaleźli się bowiem Tomasz Jankowski oraz Mateusz Piskorski.
Jankowski to działacz odznaczony przez przedstawicielkę Rossotrudnichestwa za współpracę z Rosyjskim Domem, z kolei Piskorski to były poseł i lider partii Zmiana, wobec którego Prokuratura Krajowa sporządziła w kwietniu 2018 roku akt oskarżenia o szpiegostwo na rzecz wywiadów cywilnych Rosji (FSB i SWR) oraz Chin.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem.
Prokuratura zarzuca Mateuszowi Piskorskiemu szpiegostwo (art. 130 kk) polegające na prowadzeniu działalności na rzecz rosyjskiego wywiadu cywilnego (FSB i SWR) w latach 2009-2016 oraz wywiadu chińskiego do października 2015 roku. Według śledczych Piskorski brał udział w spotkaniach operacyjnych z przedstawicielami obcych służb, realizował zadania z zakresu rosyjskiej wojny informacyjnej, promował interesy geopolityczne Kremla oraz celowo wywoływał nastroje antyukraińskie i pogłębiał podziały polsko-ukraińskie, czerpiąc z tego korzyści majątkowe. Główny materiał procesowy opiera się na dowodach niejawnych zgromadzonych przez ABW, natomiast w śledztwach dziennikarskich ujawniono przejętą korespondencję e-mailową Piskorskiego z powiązanym z Kremlem rosyjskim politykiem Sargisem Mirzakhanianem. Z ujawnionych maili mają wynikać konkretne ustalenia, w tym gotowe scenariusze pro-kremlowskich akcji propagandowych (np. pikieta „Krymska Wiosna” w Warszawie w 2016 r.), listy i dane paszportowe europejskich działaczy werbowanych na płatne misje obserwacyjne na Krymie i w Jałcie oraz kosztorysy ich wynagrodzeń.
Sam Piskorski zaprzecza zarzutom i podważa autentyczność ujawnionych maili.
Warto zwrócić uwagę na wymowny fakt: od momentu skierowania aktu oskarżenia do sądu minęło już osiem lat (a od zatrzymania Piskorskiego w 2016 r. – dekada), a prawomocny wyrok wciąż nie zapadł. Sprawa toczy się za zamkniętymi drzwiami, napotykając liczne problemy proceduralne, w tym zmianę sędziego i konieczność prowadzenia procesu od nowa. Przedłużający się latami proces pokazuje, że materiał dowodowy oraz same oskarżenia mogą nie być tak jednoznaczne, jak pierwotnie deklarowały służby, co w przeszłości skłoniło nawet Grupę Roboczą ONZ ds. Arbitralnych Zatrzymań do zaapelowania o wypuszczenie Piskorskiego z aresztu ze względu na łamanie praw człowieka.
Prorosyjskość dawniej i dziś
Łatwość, z jaką rzuca się dziś oskarżenia o prorosyjskość wobec inicjatyw pacyfistycznych, staje się szczególnie uderzająca w zestawieniu z oficjalną polityką polskiego rządu z lat 2007-2014.
W swoim exposé w listopadzie 2007 roku premier Donald Tusk zadeklarował wprost chęć nawiązania dialogu z Rosją „taką, jaka ona jest”. W kolejnych latach rząd PO-PSL wycofał polskie weto wobec negocjacji o członkostwo Rosji w OECD oraz podpisał niekorzystny aneks do kontraktu jamalskiego z Gazpromem.
Kulisy tamtego okresu i ugodowych deklaracji wobec reżimu Putina opisują m.in. autorzy książki „Zgoda” (Sławomir Cenckiewicz, Michał Rachoń). Pozycja to analiza polityki, jak pisze wydawca, „najbardziej prorosyjskiego rządu w III RP”. Podczas trwającej kilka lat pracy autorzy dotarli do tysięcy dokumentów obrazujących głębokość powiązania polskiej polityki z polityką Władymira Putina.
Radosław Sikorski jeszcze w 2020 roku przekonywał w mediach, że „Rosja nie jest naszym wrogiem, a Putin to nie Stalin”, by po latach zmienić ton i zapewniać w Kijowie, że w przypadku ataku na NATO Rosja zostałaby pokonana „bardzo szybko”.
Rosja jako realne i niezmienne zagrożenie, ale nie przedmiot wewnętrznych gier politycznych
Wątpliwości wobec polityki pojednania z Moskwą wynikają z faktu, że Rosja była, jest i w najbliższej przyszłości pozostanie dla Polski realnym zagrożeniem geopolitycznym. Historia ostatnich dekad pod rządami Władimira Putina obfituje w liczne dowody na bezwzględność rosyjskiego reżimu – od brutalnych zbrodni wojennych w Czeczenii, zabójstw niezależnych dziennikarzy i opozycjonistów (m.in. Anny Politkowskiej czy Aleksandra Litwinienki), przez zbrojną napaść na Gruzję w 2008 roku i nielegalną aneksję Krymu w 2014 roku, aż po pełnoskalową, agresywną wojnę w Ukrainie. Niezależnie od prowadzonych dyskusji dyplomatycznych, imperialna dążność Rosji stanowi stały element zagrożenia dla bezpieczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej. Tym bardziej dziwi sinusoidalność tego przekazu w Polsce w ciągu ostatnich niecałych dwóch dekad – od Rosji jako przyjaciela, po Rosję jako śmiertelnego wroga.
Szanse na pokonanie Rosji przez Ukrainę
Świadomość zagrożenia nie zmienia ze strony Rosji nie zmienia jednak chłodnych kalkulacji wojskowych dotyczących przebiegu wojny na Ukrainie. Zdecydowana większość analityków wojskowych i think-tanków (m.in. Institute for the Study of War czy Foreign Affairs) ocenia, że szanse Ukrainy na pełne militarne odzyskanie wszystkich anektowanych ziem i powrót do granic z 1991 roku są w krótkiej i średniej perspektywie znikome.
Rosja kontroluje obecnie około 18-20% terytorium Ukrainy, a walki przekształciły się w wycieńczającą dla obydwu stron wojnę pozycyjną. Eksperci wskazują, że bez dramatycznego załamania wewnętrznego w Rosji lub bezpośredniego przełamania frontu przez siły zachodnie, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem pozostaje zamrożenie konfliktu wzdłuż linii kontaktu i bolesne kompromisy terytorialne w rokowaniach pokojowych, wynikające z asymetrii potencjałów demograficznych i przemysłowych obu państw.
Milczenie o pokoju i biznes na wojennej psychozie
Dlaczego zatem nagłówki gazet i doniesienia medialne codziennie epatują wizją nieuchronnego wybuchu wojny i ataku na Polskę, podczas gdy o możliwościach dyplomatycznego zakończenia konfliktu niemal się nie wspomina? Budowanie powszechnego strachu jest opłacalne dla konkretnych grup interesu. Na wojennej koniunkturze zyskują zagraniczne koncerny zbrojeniowe i mocarstwa, dla których nasz region staje się strefą buforową oraz chłonnym rynkiem na zakup uzbrojenia.
Krajowi, ale i zagraniczni aktorzy, wykorzystują stały stan alarmu do polaryzacji społeczeństwa i odwracania uwagi od problemów wewnętrznych.
Bezpośrednie koszty wojennej psychozy ponosi polska gospodarka – niepewność zniechęca inwestorów, destabilizuje rynek i prowadzi do ogromnego drenażu finansów publicznych.
W tym kontekście pojawiają się pytania, czy decyzje polityczne nie są podejmowane pod dyktando obcych ambasad.
Dążenie do pokoju staje się we współczesnym dyskursie politycznym pojęciem passe, a społeczeństwo poddawane jest stałej tresurze strachem.
Wezwania pokojowe spychane są na dalszy plan, podczas gdy Polakom codziennie serwuje się wizję nieuniknionej konfrontacji zbrojnej. Każda próba podjęcia dyskusji o dyplomacji kończy się natychmiastowym napiętnowaniem i oskarżeniami o złe intencje.
W świecie dominacji wojennej retoryki zwykłe nawoływanie do spokoju i ochrony własnego państwa wymaga dziś sporych nakładów odwagi.
