Tym razem pokazuje palucheem, że najgorsza jest prawica, ta z przedmieść Krakowa. Gazeta Michnika już od prawie czterech dekad pod pozorem obiektywnych analiz sieje wśród Polaków podziały, wrogość i nienawiść. Szkodzi wspólnocie i ciągnie Polskę w dół. Ma też swoich niestrudzonych wyrobników!
Są dla nich gorsi bo chodzą do kościoła. Za bardzo wierzą poza domem a ich wiara nie kończy się w kruchcie. A to za bardzo na wschód Polski mieszkają. Za bardzo na prawo politycznie spoglądają, zbyt konserwatywnie myślą (nacjonaliści, faszyści, taliban, kibole). A to od Unii Europejskiej szacunku dla tego co wyznają i robią oczekują. Teraz do tego też doszło, że na przedmieściach mieszkają, miasta nie znają. I „postępu” nie chcą. Na człowieku tańczącym na dachu się poznać nie chcieli…
Dla dziennikarzy „Wyborczej” od dawna nie ma znaczenia meritum sporów, ale mają znaczenie kolory politycznej skóry i emocje. Tak jak w przypadku Krakowa i referendum za odwołaniem prezydenta: nie ma znaczenia to, że część – jak się okazuje aktywna większość – mieszkańców była po prostu niezadowolona z konkretnych decyzji i nie czuła przez Aleksandra Miszalskiego odpowiednio reprezentowana. Dla światłych redaktorów z ulicy Czerskiej ważniejsza jest… demografia wyborcza.
Destruktorzy Michnika mają Markowskich, Sadurskich, Piątków, Wiejskich, Elizę Michalik, Giertycha, Michała Iwanowskiego oraz paru – tylko paru – innych, których utwierdzają w ich nieomylności i zajebistości. Stroją się w piórka Europejczyków i demokratów, ale ludźmi o niezgodnych z ich poglądami gardzą albo zupełnie wprost, albo między wierszami. Mają taką swoją postępową sektę.
Do atmosfery pogardy wobec konserwatywnej Polski odniósł się także Dawid Wildstein. Komentując tekst Gazety Wyborczej o „strasznych peryferiach”, ironicznie zauważył:
„A jakby w Polsce głosował tylko Michnik, Szczepkowska, Gretkowska, Holland i wdowa po Wajdzie, to już w ogóle byłoby najcudowniej i najbardziej demokratycznie”.
W kilku zdaniach trafnie uchwycił sposób myślenia części liberalnych „elit”, dla których demokracja bywa akceptowalna wyłącznie wtedy, gdy zwyciężają „właściwi” ludzie o „właściwych” poglądach. Wszystkich pozostałych próbuje się sprowadzić do roli zacofanych „peryferii”, które rzekomo nie rozumieją nowoczesności i postępu. Jak zauważa Wildstein, cały artykuł „Wyborczej” przesycony jest taką „mową miłości”.
Jako konserwatysta z przedmieść potwierdzam: nie chcę takiego ich „postępu”.
Jako konserwatysta z przedmieść, zdrowy eurosceptyk, prostolinijny państwowiec, wierzący w Boga i starający się iść Jego drogą, ale kierujący się rozumem – potwierdzam: nie chcę takiego ich „postępu”. Chcę normalności, a Gazeta Wyborcza co najwyżej u mnie na rozpałkę w kominku się nadaje.
Dlatego nie czytam już od dawna tych „wyborczych wersetów”. Nie ma w nich nic o mnie, ani dla mnie.
Michał Iwanowski – czytelnik „Wyborczej” i partyjniak od pluralizmu
Na zdjęciu tytułowym Michał Iwanowski, zarabiający 18 000 złotych brutto, który od 27 miesięcy z politycznego nadania likwiduje bezskutecznie Radio Zachód. Czytelnik Gazety Wyborczej, czym postanowił do celów promocyjnych publicznego radia się pochwalić.
Według oficjalnych danych KRRiT dotyczących reprezentacji partii politycznych, w kierowanym przez niego od stycznia 2024 roku radiu, partiom koalicji poświęcono rekordowo prawie 80 proc. antenowego czasu publicystycznego. Największym zawodowym osiągnięciem radiowym Iwanowskiego pozostaje zwolnienie mnie i paru innych podobnie myślących. Dla swoiście rozumianej przez siebie „równowagi” i „pluralizmu”. Tak zresztą działo się w całej Polsce rękoma różnych aparatczyków partyjnych. I dzieje do dziś!
Po lekturze tego krótkiego tekstu powinieneś rozumieć mental tych ludzi i dlaczego z nimi u steru czegokolwiek nigdy nie będzie normalnie?
